grałem sobie wczoraj jak to mam w zwyczaju, jeśli w ogóle gram - casualowe normale, żeby się czymś zająć podczas momentów nudy. dotknęła mnie istna klątwa teemo - w każdej grze rakowy botlane ADC + Teemo. zagrałem łącznie 3 gry. Pierwsza - shyvana na topie - shen rozpierdolony łatwo, carrowalem motzno, skończyłem 6/0/10. Druga - orianka na midzie na słabego zeda, first blood mój, potem strejdowalismy kill, bo za wczesnie rzuciłem shockwave'a jak mnie ultował (żenua motzno), a dalej snowball w huj. mfka na bocie sfeedowala sie jak pokurwiona i sadziła siarczysty damage łącznie ze mno, a garen stanowił doskonały ball delivery system, ukończyłem ze statami 13/2/1x. Trzecia - ponownie shyvana top, tym razem przeciw duo lanowi riven + fiora, oraz bezrękim zedem w lesie po naszej stronie, kompletny guwniak kurwa. szło ciężko, szczególnie że tardy nie rozumiały pojęcia ss i roamujące duo z topa było sfeedowane jak skurwysyn, a mistyczna quinn czejsowała przeciwników aż za każdym razem została zaciągana do krzaka, gdzie było ich więcej, co kończyło się płaczem na nub team. raz zostałem upierdolony pod turretem, dalej zginąłem 2 czy 3 razy ratując mój upośledzony team. wtem nadeszła 20 minuta guwno kda na poziomie 2.3 i wtedy klątwa Teemo osiągnęła swój efekt - komputer kompletnie się zbiesił, proces LoLa był nie do wypierdolenia poprzez task manager, gra kompletnie wisiała wydając tylko dźwięk wkurwiającej muzyczki. restart kompjutora poradził sobie z procesem, ale launcher miał jakiś spierdolony błąd i biesił się przy każdym odpaleniu. przypadeg? nie sondze.
tl;dr czuje timonowy spiseg w powietrzu. ściana płaczu
plot twist: nie spałem od 26 godzin, w ciągu ostatnich 4 wypiłem 5 mocnych espresso, a bardzo rzadko piję kawę, więc pierdolnęło mnie jak głupie i mnie nosi. ELO