dobry tekst o polskich super 'wykonawcach' dla ich fanów, których masa na jsp.
Ostatnio dużo się dzieje u polskich muzyków, tych już takich bardziej podtatusiałych. I co smutne, niewiele to dzianie się ma wspólnego z muzyką. Może czas już dawnym rockowym bojownikom o wolność powiedzieć: nara, panowie?
Parę dni temu wypłynęła sprawa konfliktu na linii Kazik Staszewski-LeeQS. Ten ostatni jako oddany fan, od dekady prowadził stronę fanowską Kazika, a także podobny profil na Facebooku. Po 10 latach odezwał się do niego manager artysty, który zażądał likwidacji strony (w przypadku jeśli nie znikną z niej reklamy) oraz udostępnienia facebookowego profilu żonie syna Staszewskiego. Oczywiście jak na rockowych buntowników przystało zagrozili... działaniami kancelarii prawnej. Mimo że twórca strony tłumaczył, iż reklamy są generowane przez Google i nie ma na nie wpływu, a koszty utrzymania fanpage'a opłaca sam. To zresztą już nie pierwszy taki wyskok człowieka, który kiedyś w swoim songu wyśmiewał rodzimy szołbiznes. Swego czasu używając również machiny prawniczej Kazik nalegał, aby Piotr Miączyński, dziennikarz Gazety Wyborczej, usunął z nagłówka swego bloga cytat z jednej z piosenek Kultu. Zapewne z powodu wieku Staszewski ma niejakie problemy z przypomnieniem sobie, że na własnej płycie użył fragmentu tekstu Jello Biafry, legendarnego frontmana grupy Dead Kennedys.
Nie tylko jemu jednak przydałby się geriatra. W mediach rockmani zabrali się ostatnio za politykę. Hołdys dość żenująco jedzie po Prawie i Sprawiedliwości oraz jego zwolennikach, Kukiz w tym samym stylu wypowiada się o przeciwnikach PiS i im podobnych partii. Grabowski z Pidżamy Porno opowiada jakieś głupoty w gazetach, masakruje swoimi festiwalowymi wersjami utwory dawnych legend polskiej muzyki i uważa się za króla rock'n'rolla. Jak dostrzegam gdzieś w mediach ten jego durny cylinder, to wiem, że już za chwilę będzie się gotował we własnym sosie, posypując płatkami narcyza. Straszna ewolucja od czasu Kurwichy czy nawet wczesnej Pidżamy Porno do teraźniejszych Strachów na Lachy skierowanych do nastolatków, którzy smarują sobą chleb.
Cała ta ekipa (trzeba tu jeszcze koniecznie wspomnieć o Tomku Lipińskim z Tiltu!) chętnie udziela się we wszelkiego rodzaju telewizyjnych dysputach, często jednak plotąc trzy po trzy, a dodatkowo żaden praktycznie film o polskim rocku nie może się obejść bez ich udziału. Gdy widzę po raz enty te same ryje, słyszę te same opowiastki i obserwuję coraz większe kombatanctwo dziadków polskiego rocka, to aż we mnie kipi. Niedługo się okaże, że komunę to oni, no i może Wałęsa, przy małej pomocy papieża. Szkoda, że twórcy tych filmów nigdy nie pozwolili się przebić wielu równie dobrym zespołom. Ale może też dlatego pozostały one na długo autentyczne? Bo ludzie bardzo szybko zauważają nieszczerość „idoli” i nie bez powodu już 20 lat temu na murach była sprejowana parafraza pewnego okupacyjnego hasła: tylko świnie grają w Jarocinie.
Dezerter odbiera Fryderyka (nagrodę, która nic i nigdzie nie znaczy, a do tego symbolizuje blichtr polskiego rynku muzycznego), a jego perkusista też coś tam marudzi na temat polityki, że PO dobre etc. Kazik zastanawia się czy przyjąć medal od prezydenta Komorowskiego i kokieteryjnie zapytuje o to fanów na forum. Z całej tej ekipy robi się jakieś kółko wzajemnej adoracji, podlane sosem lansu i celebryctwa. Czyżby naprawdę polski rock doszczętnie już skurwiał?