Quote (drax1285 @ Mar 7 2010 10:02am)
Pamiętam - gdy przychodziło do posiłku, każdy dzieciak zajmował własne miejsce przy stole; ja siedziałem przy ścianie i miałem tylko jednego sąsiada, szczerze mówiąc sąsiadkę - moją przyszłą ofiarę - nawet już nie pamiętam, jak się dziewczę zwało, a uraz psychiczny mógł jej pozostać... Ale po kolei.
Tego konkretnego dnia na obiad na pierwsze danie była akurat zupa (jak każdego innego dnia). Ta konkretna zupa w moim konkretnym talerzu charakteryzowała się kawałem mięcha (takim całkiem konkretnym). Dzisiaj bym się cieszył, jednak wtedy byłem mały i głupi (w odróżnieniu od stanu obecnego, kiedy przynajmniej jestem duży; zawsze to jakaś pociecha) i nie lubiłem mięcha w zupie! Niestety, były to w przedszkolu czasy ustroju totalitarnego i dzieci musiały zjeść wszystko, co na talerzu.
Pomysł usunięcia mięcha z talerza genialny był w swojej prostocie. Rzucenie na podłogę nie wchodziło w grę - było taaaaakie niefinezyjne, no dajcie spokój! Każdy na moim miejscu zrozumiałby, że aby pozbyć się tego mięsa wystarczy jeden precyzyjny ruch rączką. Ale czy każdy miałby odwagę to zrobić? Ja owszem - w dogodnej chwili (fachowo mówi się "godzina zero") oszczędnym ruchem wyłowiłem sedno mojego zmartwienia i (chlup!) utopiłem w kompocie koleżanki z mojej lewej, który stał jako forpoczta drugiego dania. Szybko pogrążyłem się w kontemplacji farby na ścianie po mojej prawej. Fachowa robota malarza pokojowego...
Niestety! Ofiara zauważyła podstęp i bez żadnych skrupułów zameldowała kapo, znaczy facetce nalewającej zupę:
- Plosem paniiiii!!! On mi wzucił mieeeenso do kompotu!
Gdybym wtedy znał popularne dziś słowo, powiedziałbym "kulwa", po czym zakląłbym szpetnie.
Tymczasem jednak kontynuowałem zgłębianie tajemnicy farby olejnej, czując na plecach oddech zbliżającej się walkirii z chochlą.
- Gdzie? - zagrzmiał gniewny głos oprawcy.
Jakbym miał oczy z tyłu głowy - dokładnie poznałem moment, w którym kucharka dokonuje inspekcji feralnego kompotu; pamiętam, że spociłem się momentalnie.Przyłapany na gorącym uczynku spodziewałem się najgorszego. Tymczasem owa miła pani od nalewania zupy, wiedziona wieloletnim doświadczeniem pracy w kuchni (poznać kucharkę po figurze), swoim śpiewnym głosem powiedziała:
- Nie marudź! To śliwka się rozgotowała.
Cool story!