To miał być inny Manchester niż za rządów Davida Moyesa. Szkot został z hukiem wyrzucony w poprzednim sezonie po fatalnych wynikach drużyny. Spodziewano się, że Louis van Gaal wprowadzi nową jakość.
Podstawy ku temu były. Wygrane wszystkie sparingi napawały optymizmem. Martwiły tylko urazy kilku piłkarzy. Z tego powodu w pierwszym składzie pojawili się mało doświadczeni gracze jak Jesse Lingard i Tyler Blackett.
W ekipie Swansea debiutował Łukasz Fabiański. Polak nie miał wiele do roboty, bowiem gospodarze grali słabo i bezbarwnie. Wyglądało to tak, jakby po dobrym okresie przygotowawczym wróciły demony z poprzedniego sezonu.
Na dodatek już w 20. minucie urazu doznał Lingard, którego zastąpił Adnan Januzaj.
Osiem minut później słabość gospodarzy wyczuła ekipa z Walii. Po 14 wymienionych podaniach ładną akcję celnym strzałem zakończył Koreańczyk Ki Sung-Yueng i mieliśmy 1:0 dla Swansea. Do przerwy gospodarze mieli optyczną przewagę, z której jednak niewiele wynikało.
Od początku drugiej odsłony żwawiej ruszyli faworyci. I w 52. minucie wepchnęli piłkę do siatki gości. Z rzutu rożnego wrzucił Juan Mata, plecami do Wayne'a Rooneya zgrał Phil Jones, a Anglik z dwóch metrów wyrównał. Fabiański był bez szans. Po chwili gwiazdor mógł dorzucić drugie trafienie, ale nie potrafił oddać skutecznego uderzenia.
Gol napastnika był jego już dziewiątym w ostatnich dziewięciu występach dla United i 174 w Premier League. Tylko jednej bramki brakowało mu, żeby zrównać się golami z trzecim najlepszym strzelcem ligi Thierrym Henrym. Mógł to zrobić w 65. minucie, jednak jego strzał z rzutu wolnego zatrzymał się na spojeniu słupka z poprzeczką.
Kiedy wydawało się, że to gospodarze są bliżej prowadzenia Swansea zadała niespodziewany cios. Piękną kontrę zakończył Sigurdsson i Walijczycy wyszli na prowadzenie 2:1. Gospodarze do końca bili głową w mur i nie potrafili sobie stworzyć dobrej okazji. Sensacyjnie przegrali na inaugurację rozgrywek.