Kogo sztuczna inteligencja zmiecie z planszy?
Najpierw nakreślmy sobie gdzie dziś jesteśmy i jak tu dotarliśmy. Żyjemy bowiem, już teraz, w świecie setek milionów, jeśli nie miliardów, matrixów. Do genialnej trylogii Wachowskich z końca ubiegłego tysiąclecia wracam w swojej publicystyce nieraz, bo była ona pod wieloma względami proroczą. Zasadnicza różnica pomiędzy fikcją przedstawioną we wspomnianych filmach a naszą obecną rzeczywistością jest jednak taka, że w filmach matrix był narzucony ludziom przez maszyny odgórnie. Nasz realny, obecny matrix idzie niejako od dołu, to znaczy każdy organizuje go sobie sam, na własną rękę, we własnym domu, ze swoją własną komórką i komputerem w ręku. Przynajmniej tak jest na razie a co najmniej - tak póki co powszechnie sprawę postrzegamy.
Jesteśmy coraz bardziej wolni w liberalnym tego słowa znaczeniu, choć zarazem coraz bardziej zniewoleni w klasycznym tego słowa rozumieniu. Z języka filozofii przekładając na zwyczajny - jesteśmy na co dzień pozornie coraz bardziej niezależni od innych ludzi. Jesteśmy zarazem coraz bardziej ograniczani w naszej możliwości właściwej oceny rzeczy i podejmowania wysiłków dających satysfakcję oraz prawdziwe szczęście, bo wsiąkamy coraz mocniej w wirtualnie kreowane „światy wyobrażone”.
Wszystko dzięki technologii. Dzięki rozwojowi cywilizacyjnemu najpierw stało się w ogóle możliwe, że zerwaliśmy z wielopokoleniową rodziną żyjącą pod jednym dachem. Okazało się możliwe, a nawet wygodne, osobne życie rodziny złożonej wyłącznie z rodziców i dzieci. Książki i wiedza szkolna pozwoliły nam mocno zredukować konieczność opierania się na doświadczeniu najstarszych pokoleń. Maszyny umożliwiły nam rezygnację z pomocy innych ludzi przy fizycznej pracy na roli, w warsztacie czy przy domowych obowiązkach.
Potem przyszło masowe zjawisko singli, czyli życia już całkowicie pojedynczego. W czasach przedprzemysłowych było ono doświadczeniem skrajnie trudnym z najbardziej przyziemnych względów; w pojedynkę ciężko było się wyżywić, odziać, ogrzać, przeżyć. Ale było w tym coś jeszcze - biologicznie, psychologicznie jesteśmy po prostu nieprzystosowani do długotrwałej samotności. Jest, a raczej była ona dla ogromnej większości ludzi po prostu bardzo przykra, psychicznie ciężka, nieznośna a co najmniej bardzo nieatrakcyjna.
Do czasu. Do czasu książek, gazet, później radia i telewizji a wreszcie internetu. Dziś spora część z nas jest singlami lub de facto żyje jak single, nawet mieszkając z kimś bliskim pod jednym dachem. Żyjemy tak dlatego, że niemal każdą wolną chwilę staramy się spędzać na indywidualnym konsumowaniu tego co niosą nam środki komunikacji, na konsumowaniu tego co jest produktem technologii lub jest za jej pomocą przekazywane. Od pewnego momentu w dziejach już nie musieliśmy spotykać się z ludźmi żeby wysłuchać ciekawej historii, już nie musieliśmy spotkać kogoś z instrumentem albo samemu wraz z innymi zaśpiewać by doświadczać muzyki. Setki lat temu świat ujrzał maszynę drukarską i ludzie masowo zaczęli konsumować różne wytwory kultury niekoniecznie biorąc w nich udział na żywo.
Nośniki kultury stają się od tego momentu nieustannie coraz bardziej doskonałe a samotne spędzanie czasu w ich otoczeniu staje się dla nas coraz bardziej atrakcyjne. Dziś już nie tylko drukowane wyrazy pobudzają naszą wyobraźnię ale wszelkiego rodzaju dźwięki czy obrazy. Już niedługo w powszechnym użyciu znajdą się zapewne i bodźce dotykowe bądź zapachowe, które będziemy mogli zaaplikować na swoim ciele z podobną łatwością, z jaką dziś nakładamy słuchawki na uszy.
Oczywiście, powie ktoś, z drugiej strony przecież technologia pomaga nam przełamywać samotność. Media społecznościowe są kolejną formą rewolucji komunikacyjnej, która dała nam tym razem możliwość bieżącego kontaktu z mnóstwem ludzi na całym świecie. Możemy rozmawiać twarzą w twarz, z dziękiem, obrazem, bezpośrednio, natychmiast.
W istocie dzieje się jednak i to na masową skalę, coś przeciwnego. Najkrócej rzecz ujmując media społecznościowe, czy szerzej, obecny internet, zbliżają nas z obcymi i oddalają nas od bliskich. Problem polega na tym, że ci nowozapoznawani w sieci obcy bardzo rzadko stają się nam naprawdę bliscy. Efekt finalny tej karuzeli relacji międzyludzkich jest więc taki, że człowiek zostaje z dużą liczbą powierzchownych relacji nawiązywanych online a równolegle… pogłębia swoją samotność w życiu realnym.
Sposób w jaki wygląda dziś powszechnie na świecie komunikacja międzyludzka i jak bardzo zaburza ona nasz naturalny, biologiczny rytm jest w moim przekonaniu główną przyczyną problemów psychicznych i emocjonalnych współczesnego człowieka. Naturalny, biologiczny rytm naszego gatunku jest bowiem oparty o życie w małym stadzie doskonale znanych nam osób, z którymi spędzamy ogromną większość dnia i wchodzimy w nieustanne interakcje. Takie życie już mało kto z nas prowadzi.
Druga przyczyna masowych chorób cywilizacyjnych naszych umysłów również pochodzi z systemu komunikacyjnego, a zwłaszcza z sieci i jest nią masowe przebodźcowanie, jakiego codziennie prawie każdy z nas doświadcza. Współczesny człowiek jest wiecznie pobudzony, wiecznie podekscytowany. Z ekranów zalewają nas potoki informacji, obrazów, filmów czy dźwięków. Śmieszą, oburzają, intrygują, rozczulają, powodują wściekłość, ciekawią, intrygują, napawają dumą, żalem, podnieceniem. Nieważne czym konkretnie, nieważne co tak dokładnie robią ale robią, dają emocjonalnego kopa. Jak narkotyki.
Dlatego chcemy coraz więcej. Dlatego poświęcamy im każdą wolną chwilę. Dlatego przesuwamy palcem po ekranie żeby znaleźć więcej i jeszcze trochę i jeszcze… A kiedy co jakiś czas padamy wyczerpani tym całym szumem i chcemy jakoś od tej karuzeli odpocząć to spotkanie z żywym człowiekiem nie jest naszym pierwszym wyborem. Jest dla nas trudne, jest wysiłkiem od którego się odzwyczajamy i którego zwykle nie chcemy zbyt często podejmować.
Dzieje się coś jeszcze. Przebodźcowana rzeczywistość wirtualna jest bardzo skomplikowana, trudna, bolesna. Wszyscy ze wszystkimi walczą, kłócą się czy urządzają pokazowe dramaty a my szukamy instynktownie strony sporu czy poglądu, do którego możemy bezpiecznie przylgnąć. Dlatego oprócz samotności w sieci, oprócz przebodźcowania i nieustającej ekscytacji dostajemy coś jeszcze - dostajemy bańkę internetową, naszą internetową namiastkę wspólnoty, nasze internetowe plemię. Algorytmy mediów społecznościowych szybko wychwycą co nam się podoba i szybko podpowiedzą nam co podobnego możemy jeszcze obejrzeć, posłuchać, czego doświadczyć.
Tak trafiamy do uniwersum jednego z setek tysięcy internetowych plemion, które skupiają się wokół najrozmaitszych teorii, przekonań, postaci, spraw, tematów. Może to być całkiem ciekawa i budująca grupa ale bardzo często zdarza się, że trafiamy do bańki gdzie standardem jest np. zestaw jakiś wariackich poglądów. Niby wariackich ale… jeśli zobaczymy mnóstwo osób, które w ów zestaw wierzą, obejrzymy wiele audycji, w których ludzie o przyjemnym głosie i ciekawym sposobie opowiadania świata jakieś wariactwo uzasadnią na wiele sposobów… Cóż, spójrzmy prawdzie w oczy, większość z nas jest gotowa to kupić i do któregoś z takich plemion przylgnąć. Założyć takie okulary upraszczające skomplikowany świat, jakie w danej bańce są najmodniejsze.
W takim właśnie miejscu dzisiaj jesteśmy. Ludzkość zaczęła masowo popadać w stany zbiorowej psychozy. Psychozy, która nie jest żadną konkretną ideologią, modą czy zestawem przekonań. Szaleństwo, w które popadamy nie ma jednego wektora ideologicznego, ono ma charakter techno-biologiczny. Jest nawykiem o charakterze technicznym, praktyką dnia codziennego. Rozwinęliśmy nasze zdolności technologiczne tak bardzo, że zaczęły na masową skalę niszczyć nasze zdrowie psychiczne oraz emocjonalne. Dodatkowo mechanizm algorytmów i baniek internetowych zaczął upośledzać, zamiast rozwijać, zdolności poznawcze większości ludzi.
Dlatego idziemy w kierunku społeczeństwa kastowego. Czasy największej równości między ludźmi, jakkolwiek by nie była ona zawsze dosyć pozorna, mamy już za sobą.
Rewolucja maszyny drukarskiej dała milionom ludzi dostęp do informacji, debaty i wymiany myśli. Nowożytna demokracja jest właściwie dzieckiem owej rewolucji. Masowy druk książek i gazet mocno spłaszczył, wyrównał szanse komunikacyjne i dzięki temu dystans świadomości między królem, arystokratą a ich poddanymi uległ radykalnemu zmniejszeniu. Kolejny krok, czyli upomnienie się o prawa polityczne i zmiana poddanych w obywateli był w tej sytuacji już dosyć oczywisty. Masowy druk ujednolicił język i pojęcia oraz stworzył przestrzeń komunikacji. Tak narodziły się nowoczesne, masowe narody a wraz z nimi nowożytna demokracja.
Masowe środki komunikacji dały nam poczucie uczestnictwa w debacie publicznej i równości. Również ostatnia rewolucja, rewolucja internetu i mediów społecznościowych, umożliwiła kolejny bunt i organizację dołów społecznych przeciwko elitom. Tym razem ów bunt przybrał charakter prawicowego ruchu przeciwko dominującym w świecie zachodu elitom lewicowo-liberalnym. Przeciwnicy owego ruchu mówią o fali populizmu, zwolennicy o przywróceniu mechanizmów demokratycznych i oddania głosu „ludowi”. Tak czy inaczej, każda rewolucja w technologii komunikacyjnej, również ta ostatnia, niesie ze sobą jakąś zmianę kulturową, społeczną a przez to i polityczną.
Wydarzyło się przy tym jednak również co innego. Nasza rozemocjonowana, wirtualna rzeczywistość, poszatkowana na plemiona, w tym mnóstwo z nich całkowicie „odjechanych”, stała się pułapką poznawczą dla ogromnej masy ludzi. Sieć już nie tylko zaczęła zabijać realne reakcje międzyludzkie. Szum informacyjny i poziom rozemocjonowania sprawiają, że spora część jej użytkowników zaczyna wierzyć w wydarzenia czy zjawiska, które nigdy nie miały miejsca, byleby tylko były zbieżne z wizją świata wykreowaną w ich bańce.
Dodatkowo następuje, po raz pierwszy w czasach nowożytnych, spadek umiejętności intelektualnych najmłodszego pokolenia, które wyrosło już w rzeczywistości skupionej na spoglądaniu w ekrany. Do tej pory każde kolejne pokolenie, żyjąc w coraz lepiej wyedukowanym społeczeństwie, poprawiało w tym względzie wyniki rodziców. Ten etap mamy już za sobą i w najbliższej przyszłości lepiej nie będzie.
Co zrobi z tym wszystkim sztuczna inteligencja? Przyspieszy, pogłębi, doprowadzi wszystkie opisane zjawiska do ekstremum. Sztuczna inteligencja wzmacnia istniejące podziały, bo internetowe plemiona zyskują nieskończenie doskonalsze narzędzia do kreowania sobie świata takiego, jakim go chcą widzieć za pomocą tekstów, obrazów, filmów, dźwięków. Sztuczna inteligencja wzmocni więc pozycję wszystkich „władców marionetek”, którzy różnymi bańkami zarządzają i uczyni jeszcze bardziej bezbronnymi większość odbiorców, która coraz mniej jest w stanie rozróżniać stan faktyczny od fikcji ale chętnie zaangażuje się w powielanie bliskich jej treści, nawet jeśli są fałszywe czy absurdalne.
Sztuczna inteligencja wzmocni też jeszcze jeden podział, o którym do tej pory nie napisałem. Mianowicie, przy całej grozie tego co dzieje się w sieci, trzeba przecież zauważyć, że dla wielu głodnych wiedzy i pogłębionego rozumienia rzeczywistości ludzi na całym świecie internet jest bezcenną kopalnią danych. Jeśli tylko wiemy jak weryfikować informacje, gdzie ich szukać, jeśli tylko posiadamy szeroki ogląd świata i chcemy go uzupełniać czy na bieżąco aktualizować, to internet jest nieskończoną skarbnicą. No właśnie, jeśli tylko posiadamy aparat intelektualny oraz emocjonalny pozwalający nam weryfikować informacje…
Dlatego oprócz dyskursów dominujących jeśli chodzi o liczbę użytkowników, rozemocjonowanych, wariackich i powierzchownych, toczy się w sieci również inne życie. Życie bardzo intensywne, twórcze i intelektualnie płodne. Życie, dzięki któremu codziennie z łatwością możemy nabyć mnóstwo eksperckiej wiedzy z dowolnej dziedziny. Możemy, ale tylko pod warunkiem, że wiemy gdzie jej szukać i jesteśmy w stanie ją przyswoić…
Dyskursy eksperckie są jednak z natury rzeczy elitarne. Toczą się równolegle do dominujących debat społecznych, obok nich a często nawet wbrew nim. Mają inną prędkość, dynamikę, gęstość. Dotyczą ułamka społeczeństwa. Generują również… innego rodzaju bańki internetowe. Niemniej sytuacja w uproszczeniu wygląda tak, że społeczeństwo staje się coraz bardziej rozwarstwione pomiędzy zdecydowaną większość, która coraz bardziej pogrąża się w zmitologizowanych wizjach rzeczywistości i niewielką mniejszość o dosyć szerokich horyzontach, toczącą eksperckie debaty.
Sztuczna inteligencja pozwala wielu ekspertom, którzy potrafią jej użyć, na znaczne zwiększenie swoich zdolności analitycznych, wytwórczych, na znaczne poprawienie efektywności. W tym samym czasie jednak jej wytwory jeszcze bardziej upośledzają zdolności rozumienia rzeczywistości przez ogromną część społeczeństwa, służąc krzewieniu, kolportowaniu i utwierdzaniu najróżniejszych typów magicznego postrzegania świata. Magicznego widzenia świata, przed którym przestaje nas bronić nie tylko rzetelna informacja ale nawet codzienne doświadczenie wspólnoty, które jest głównym czynnikiem tworzenia się u człowieka tzw. zdrowego rozsądku. Zdrowy rozsądek rodzi się z doświadczenia w relacjach z innymi ludźmi, a przecież żyjemy coraz bardziej jak single, nawet jeśli nie mieszkamy sami… Im bardziej konsumujemy świat w samotności i nie nabywamy żywych doświadczeń społecznych, tym mniejszą mamy szansę na zachowanie zdrowego rozsądku i nieuleganie emocjonalnym narracjom.
Z wymienionych wyżej powodów uważam, że znaczna większość społeczeństwa będzie pogrążała się w coraz głębszych matrixach. To właśnie o tej większości myślę pisząc o ludziach „zmiecionych z planszy”. O ludziach, którzy coraz więcej czasu będą spędzać w sieci a coraz mniej na realnych relacjach z prawdziwie bliskimi osobami. Sztuczna inteligencja uwolni część z nich od potrzeby jakiegokolwiek regularnego kontaktu z ludźmi, nawet z tymi spotykanymi wirtualnie. Stanie się podstawowym rozmówcą, przyjacielem, życiowym partnerem. W tym sensie zagraża również wspomnianym ekspertom, bo jedno to stąpać twardo po ziemi jeśli chodzi o rozumienie świata a drugie to zachowywać zdrowie psychiczne oraz emocjonalne. Te dwie rzeczy niekoniecznie muszą iść w parze.
Niemniej, zasadniczy podział kastowy rysujący się w najbliższej przyszłości będzie przebiegał między tymi, którzy będą sztucznej inteligencji i sieci w ogóle używali jak narzędzia a tymi, którzy będą przez te narzędzia zarządzani. Człowiek posługujący się narzędziem potrafi po skorzystaniu odstawić je na półkę i zapomnieć aż do, na przykład, kolejnego dnia roboczego. Człowiek zarządzany nie jest w stanie rozstać się ze swoją wirtualną smyczą.
Wreszcie, zmiatanie ludzi z planszy odbywa się poprzez najbardziej wstydliwą z chorób cywilizacyjnych, czyli bezdzietność. Tak, nie pomyliłem się, bezdzietność jest najgroźniejszą ze współczesnych chorób cywilizacyjnych, o której jednak nie mówimy w ten sposób żeby nie urazić wielu bliskich nam osób albo własnego poczucia wartości. Dlaczego jednak, skoro zaczęliśmy otwarcie mówić o depresji czy otyłości, a wcześniej o wadach wzroku, nowotworach i chorobach układu krążenia, nie zacząć dyskutować tego najbardziej zagrażającego przyszłości każdego społeczeństwa zjawiska?
Jedna z definicji chorób cywilizacyjnych mówi tak: „Choroby cywilizacyjne to efekt uboczny dynamicznych zmian społecznych, ekonomicznych i środowiskowych, które zaczęły postępować w czasach rewolucji przemysłowej, a ich wzrost widać wyraźnie w XX i XXI wieku. Nie wynikają one z rozprzestrzeniania się czynnika patogennego, jak kiedyś dżuma czy cholera, ale z naszego stylu życia i warunków otoczenia. To choroby, które „nabywamy” wraz z nadmiernym konsumpcjonizmem i komfortem, jakie oferuje nam współczesność. Takie choroby nie tylko wpływają na jednostki, ale mają także konsekwencje ekonomiczne i społeczne”.
Przeczytawszy to przypomnijmy sobie, że chorobą nazywamy istotne upośledzenie jakiejś funkcji organizmu. A co jest nadrzędnym, naturalnym, biologicznym celem każdego żywego organizmu? Reprodukcja własnego DNA w kolejnych pokoleniach. Przy czym, żeby była jasność - osoby bezdzietne z najróżniejszych powodów mieliśmy w społeczeństwie zawsze. Pewne ich liczba jest najzupełniej naturalna. Były to osoby, które po prostu nie mogły mieć dzieci lub ze względu na rozmaite życiowe wybory ich nie posiadały.
Bezdzietni stanowili jednak wyjątek od reguły a nie powszechną normę społeczną. O tym, że coś staje się chorobą cywilizacyjną decyduje nie jej charakter czy jednostkowe przyczyny, dla których wystąpiła w danym przypadku u konkretnego człowieka. Indywidualne przyczyny to bardzo złożona i delikatna sprawa. O stwierdzeniu choroby cywilizacyjnej decyduje skala zjawiska, masowość jego występowania. Bezdzietność zaś staje się na całym świecie szybko rosnącym problemem, coraz bardziej masowym pod różnymi szerokościami geograficznymi. Rozwój technologiczny a właściwie jego kulturowe skutki w postaci samotnej konsumpcji czasu wolnego zmiatają z planszy całe rodziny, rozgałęzione niegdyś rody a nawet całe społeczności.
Co więcej, bezdzietni w dawnych czasach i tak pod co najmniej jednym względem „mieli lepiej” niż obecni, bo większość z nich tak czy inaczej żyła w otoczeniu rodziny bądź lokalnej społeczności. Co za tym idzie, pamięć o nich miała szansę nie zginąć zaraz po śmierci, co jest jednym z dwóch klasycznych, bo znanych od starożytności, sposobów na doczesną „nieśmiertelność” tu, na ziemi. Pierwszą ścieżką jest naturalnie potomstwo, drugą zaś pamięć wspólnoty, w której się żyło. Skąd jednak wziąć tę pamięć, jeśli wokół nas obumierają wszelkie wspólnoty? Może przynajmniej sztuczna inteligencja wygeneruje wspomnienie i zapali wirtualną świeczkę raz do roku na naszym profilu w mediach społecznościowych?
Zacząłem od Matrixa a skończę na Diunie. W świecie matrixowym myślące maszyny zdominowały i zniewoliły ludzi. W uniwersum Diuny chciały zrobić to samo ale ludziom udało się je pokonać:
„W nowoczesnym, dawnym społeczeństwie przeważały roboty i maszyny myślące. Sztuczna inteligencja była wszędzie i zaczęła zajmować planety. Maszyny były sprytniejsze i bardziej uzdolnione od ludzi. Pewnego dnia ludzie postanowili położyć kres dominacji sztucznej inteligencji. Na wielu planetach zaczęły wybuchać zbrojne powstania. Wielu ludzi zmarło. Udało się jednak zniszczyć wszystkie maszyny myślące. Razem z nimi zniszczono większość nowoczesnych technologii przydatnych w kosmosie. Wtedy odkryto nowy sposób nawigacji po kosmosie oparty o zażywanie przyprawy”. Tyle jeśli chodzi o science-fiction.
Powtórzę; nie jesteśmy, być może jeszcze nie jesteśmy, a być może nigdy nie będziemy, na etapie takiej dominacji ludzkości przez „myślące maszyny”, jak opisano to w Matrixie albo w świecie Diuny sprzed opisanego wyżej powstania. Matrixy fundujemy sobie sami a maszyny nam to po prostu znakomicie ułatwiają, budując całościową infrastrukturę, wewnątrz której funkcjonujemy. Najskuteczniejsza pułapka nie polega na tym, że zagania się do niej ofiary siłą, tylko na tym, że ludzie sami chętnie do niej ciągną, pożądając tego co jest przynętą. Współczesną przynętą w sieci jest niekończąca się karuzela silnych emocji i doznań, które są nieskończenie łatwo i darmowo dostępne.
Na koniec dnia jednak, na ile w tę pułapkę wejdziemy, ile tego narkotyku zażyjemy, o tym decydujemy już sami, przynajmniej w teorii, choć pewnie terapeuci uzależnień powiedzieliby co innego. Ciężko w ogóle nie zażywać, bo przecież on jest zawsze na wyciągnięcie ręki i właściwie wszyscy znani nam ludzie zażywają. Matrixy są indywidualne i również bunt, jeśli się na niego zdecydujemy, będzie miał, póki co, charakter indywidualny. Nie będzie w najbliższym czasie żadnego, masowego powstania przeciw myślącym maszynom i sztucznej inteligencji. Ona póki co będzie tylko potężniejsza i będzie jeszcze bardziej zmieniać świat wokół nas, w tym gospodarkę, ale przede wszystkim kulturę, politykę i relacje społeczne.
Będzie dzieliła nas na kasty korzystających z niej i sterowanych przez nią. Od naszego wysiłku zależy, do której kasty trafimy. Przy czym, niestety, szanse już na starcie nie są bynajmniej wyrównane. Niewielu sięgnie do tego lub podobnych artykułów czy audycji, jeszcze mniejsza liczba dobrnie do końca, a i tak nie wszyscy pojmą istotę rzeczy, zaś najmniejsza grupa podejmie w związku z tym jakiekolwiek działania.
W najbliższych latach z całą jaskrawością wyłoni się wokół nas świat jakiego nikt z nas nie zna i którego powstanie w takim kształcie mało kto przewidywał. Być może już wkrótce będziemy w stanie wreszcie nakarmić do syta całą, kurczącą się ludzką populację. Bardzo możliwe też, że zrobimy oszałamiające postępy w medycynie. Natomiast pytania o sens życia poszczególnych jednostek, jak i o przyszłość całych społeczeństw będą nas nękały jak prawdopodobnie nigdy przedtem.
Publicystyka skopiowana z facebooka
Kopiowanie i podszywanie się pod autora to plagiat!!!