W książce opisywał, jak to on i jego partner (chyba we 2 właśnie) zauważyli pewne podobieństwa przy niektórych morderstwach (modus operandi) i nikt wcześniej nie rozkminiał tego jak on (oni). Długo się męczyli w udowodnieniu swoich spostrzeżeń, zanim powstał oddział w FBI zajmujący się seryjnymi mordercami.
No wcześniej to dziki zachód był i wszystko bagatelizowano, przeraża mnie sama myśl ilu przestępców seryjnych grasować musiało kiedyś i im się upiekło.
Myślę, że nawet najlepsza książka czy ekranizacja nie odda i tak tego nigdy co ten agent FBI musiał mieć w głowie spędzając tyle godzin na rozmowach z tymi zwyrodnialcami.
Pod koniec kariery przecież mózg mu się już poddał i w śpiączce leżał bo już tak przeżarty pracą i tą deprawacją był. Masakra jakaś.