Wyobraźmy sobie, że prezydentem Białegostoku jest jeden z najbardziej znanych polskich polityków, przyszły lider i twórca mającej zauważalne poparcie partii politycznej. Niech ten utalentowany polityk na konferencji prasowej wypowie następujące słowa:
"Fundacja Iwana jest związana z partią współrządzącą Rosją, jest niezależną fundacją opłacaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji. Rosjanie nie oczekują ode mnie żadnej wdzięczności za pomoc jaką od tej fundacji otrzymuję. W Białymstoku projekty realizuje wiele fundacji rosyjskich finansowanych przez rosyjski MSZ. Są to Fundacja Włodzimierza Lenina, Fundacja Kiereńskiego, Fundacja Sołżenicyna, Fundacja Współpracy Polsko-Rosyjskiej, Fundacja Polsko-Rosyjskie Pojednanie. Tych fundacji rosyjskich opłacanych przez MSZ, które w Białymstoku robią projekty, jest bardzo, bardzo wiele. Praktycznie każda działająca w Białymstoku fundacja rosyjska, do której mamy dostęp, coś robi w naszym mieście".
Niech ten polityk po kilku miesiącach przestanie być prezydentem miasta i założy swoją partie. Na urządzonej z wielką pompą konwencji, puszczona zostanie Międzynarodówka, a nie będzie hymnu polskiego. Następnie ten polityk obieca zamknięcie polskich kopalń i uzależnienie się od dostaw energii z Rosji i Niemiec.
Ależ byłby rwetes. Polityk zostałby od razu uznany za agenta rosyjskiego, wykluczony z życia publicznego i prawdopodobnie zamknięty w areszcie przez ABW. Byłoby tak, prawda? Polacy nie mieliby żadnego zaufania do osoby mającej tak bliskie kontakty z Rosją.
Ta wypowiedź jednak miała miejsce. Tym politykiem był Robert Biedroń, ale zamiast Białegostoku trzeba wstawić Słupsk, a zamiast Rosji Niemcy.
Jak zareagowali Polacy? Uznali, że Biedroń jest fajny.