tak wiem nikogo to nie interesuje ale to byl kurwa meczszkoda ze teraz same cipy graja w pilke
Quote
Po szaleństwie okienka transferowego zachęcamy do przypomnienia sobie kultowego spotkania w jednej z najbardziej zaciętych rywalizacji z udziałem "Czerwonych Diabłów". 1 lutego minęła równo dekada od słynnej wygranej na Highbury.
Data: 1 lutego 2005 roku
Miejsce: Highbury
Rozgrywki: Premier League
Widzów: 38,164
Niewiele jest spotkań, które dało by się nazwać prawdziwą piłkarską bitwą. W niemal stuletniej historii Highbury na takie miano zasłużyło jedynie naznaczone ciężkimi urazami... towarzyskie spotkanie pomiędzy reprezentacją Anglii i Włoch w 1934 roku. Z pewnością jednak w podobnych kategoriach można rozpatrywać starcie do niedawna "niezwyciężonego" Arsenalu z ich pogromcami - Manchesterem United.
W październiku 2004 mistrzowie Anglii przyjeżdżali na Old Trafford na fali wznoszącej, aplikując ligowym rywalom 29 goli w dziewięciu spotkaniach, po drodze tracąc tylko dwa punkty i licząc na przedłużenie niepowtarzalnej serii meczów bez porażki do 50. Na przeszkodzie stanął jednak Manchester United, który po ciężkiej batalii przerwał pochód "Kanonierów". Wayne Rooney zdobył bramkę i wywalczył rzut karny, pchając United do wygranej 2:0. Złe demony przepędził Ruud van Nistelrooy wykorzystując jedenastkę, którą zmarnował w tym samym meczu przed rokiem, przez co stał się obiektem drwin rywali.
Choć "Kanonierzy" pałali oczywistą chęcią zemsty za porażkę na Old Trafford, na Highbury narrację również zdominował podtekst osobisty. Tym razem nie chodziło nawet o tytuł mistrzowski, który przeznaczony był bezbłędnej Chelsea. Patrick Vieira i Roy Keane wciągnęli wszystkich do mikrokosmosu swojej rywalizacji, ujętej doskonale w dokumencie "Best of Enemies".
- Miałem w sobie wiele nienawiści do Arsenalu, gdyż byli rywalami. Nie mogę znaleźć na to innego słowa.
1 lutego 2005 roku przestrzegania wojennych konwencji pilnować miał Graham Poll, doświadczony rozjemca najbardziej gorących spotkań. Arbiter masę pracy miał jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
- Gdy nacisnąłem dzwonek, wzywający obie drużyny do wyjścia, nikt nie pojawił się w tunelu. Nikt nie chciał być pierwszy, wszyscy chcieli, żeby to rywal stał w nerwowym oczekiwaniu - wspomina Poll. - Zadzwoniłem drugi raz. Znów zero reakcji. Arsene Wenger i sir Alex Ferguson stali przed drzwiami do szatni, jakby czekając aż ktoś mrugnie pierwszy.
- Postanowiłem zadziałać osobiście. Udałem się w stronę szatni Arsenalu, a mijając sir Aleksa usłyszałem chłodne: "Powodzenia". Poprosiłem Arsene'a by wyprowadził swoich piłkarzy i to zrobił. Próbowałem rozluźnić atmosferę: "Pamiętasz, jak rozśmieszyliśmy Roya Keane'a w zeszłym roku, gdy czekaliśmy w tunelu?" - zapytałem Patricka Vieirę. "Nic takiego się dziś nie zdarzy" - usłyszałem.
- Podszedłem więc do sir Aleksa i powtórzyłem swoją prośbę, na co ten odparł: "Roy nie jest gotowy".
Irlandczyk parę chwil później miał odegrać główną rolę przed telewizyjnymi kamerami. Uwagę Polla zwróciła sprzeczka Vieiry z Garym Nevillem. Francuz przyparł niższego o głowę obrońcę do ściany - Dzisiaj nikogo nie skopiesz. - Parę miesięcy wcześniej wiele komentarzy skupiło się na Neville'u, który na Old Trafford w cyniczny sposób powstrzymywał Jose Reyesa i niewidocznymi faulami obrzydzał mu grę.
- Cholera, Vieira jest nakręcony. Zaczepił mnie w tunelu - powiedział Neville Keane'owi, gdy wrócił do szatni z rozgrzewki. Irlandczykowi tyle wystarczyło, szczególnie, że Vieira nie odpuszczał tematu.
- Spróbuj z kimś swoich rozmiarów - wtrącił się Keane (wcale nieprzewyższający wzrostem Neville'a), na co Francuz odpowiedział oblewając go wodą. Keane rozpoczął swoją tyradę i ruszył za oddalającym się Vieirą. Wytykał mu brak lojalności (to słowo stało się motywem przewodnim jego o lata późniejszej autobiografii), gdyż gra dla Francji nie przeszkadzała Vieirze chwalić się pracą charytatywną w Senegalu. - Gdybyś był taki dobry, grałbyś w Realu Madryt. Zobaczymy się na boisku - kontynuował, gdy piłkarze ustawili się w szpaler. - Możesz sobie udawać, że jesteś taki miły i już przestań do cholery o tym gadać. Zobaczymy się tam - mówił Keane, a kamera łowiła jego słowa, mrożące spojrzenie i oskarżające gesty.
Wreszcie piłkarze wyszli na płytę boiska, ale najgłośniej witany był kapitan przyjezdnych. "Roy, Roy, Roy".
- Gdy Vieira przesuwał się wzdłuż szeregu, by podać mi rękę, upewniłem się, że patrzę mu prosto w oczy. Gra dla United nauczyła mnie, by nigdy nie dać się zastraszyć - wspominał w swoim felietonie Gary Neville. Uścisku dłoni między kapitanami jednak nie było, a Graham Poll musiał przydzielić im wybór w rzucie monetą, gdyż żaden z nich nie chciał się zdecydować na reszkę, ani orzełka.
Pierwsze dwie minuty przyniosły aż sześć fauli, choć Graham Poll nie gwizdnął, gdy Ashley Cole położył się w polu karnym. - Tylko to pogarszasz - zarzucał Keane Pollowi, który chciał jak najszybciej przejąć kontrolę nad spotkaniem.
ManUtd Arsenal 2005
Tymczasem przy piłce lepiej czuli się gospodarze. Bergkamp posłał świetne prostopadłe podanie do Ljungberga, ale z linii szybko wystartował Roy Carroll. Mniej przepisowo Laurena zatrzymał Heinze, rozbijając mu wargę łokciem. W siódmej minucie Vieira zadał boleśniejszy cios. Heinze poległ w pojedynku główkowym z Francuzem, który po dośrodkowaniu z rzutu rożnego wyprowadził gospodarzy na prowadzenie.
Parę chwil później Heinze znalazł się w notesie sędziego po ataku na Ljungberga, a spóźniony wślizg kosztował żółtą kartkę również Giggsa. Upiekło się za to Rooneyowi, który w wyrównanym starciu z Laurenem nie zamierzał odstawić nogi. Serię fauli przerwał dopiero gol Giggsa, który po pięknej wystawie Rooneya nastrzelił Ashleya Cole'a, co pomogło mu zmylić Almunię. W 17. minucie na tablicy widniało 1:1.
W 28. minucie znów zawrzało na boisku po faulu Fletchera na Piresie, doprawionym subtelnym kopniakiem przez Francuza. W dysputę między zawodnikami włączył się Wayne Rooney, a w sukurs przyszli mu Neville i Keane. Tryskający energią Rooney i tym razem uniknął żółtej kartki, choć Poll wspominał później, że do przerwy Anglik zdołał go przekląć 27 razy. Miejscowi kibice nie zamierzali być tak pobłażliwi i wytykali Anglikowi nocne eskapady do "salonów masażu".
Kolejna szansa przypadła Heinze, który w 32. minucie z rzutu wolnego pomylił się o kilkanaście centymetrów. Prowadzenie odzyskali jednak "Kanonierzy". Długie dogranie Flaminiego zebrał Henry i oddał piłkę nadbiegającemu Bergkampowi, a ten umieścił piłkę pomiędzy nogami Carrolla. Niemal identyczna kombinacja mogła przynieść zespołowi Wengera trzecią bramkę, tym razem jednak akcję zatrzymał liniowy, który źle ocenił ustawienie Gary'ego Neville'a i Bergkampa.
Polla tymczasem absorbował Wayne Rooney, który za powtarzające się faule otrzymał żółtą kartkę. Sytuację bardzo szybko spróbował wykorzystać Vieira symulując faul przy starciu z Anglikiem. W powietrzu wisiała czerwona kartka, gdy przeszył je gwizdek oznajmiający koniec pierwszej połowy.
Drugą część spotkania gospodarze rozpoczęli od kilku szybkich ciosów z kontrataku, powstrzymanych jednak przez Carrolla i fantastyczny przechwyt Silvestre'a. "Kanonierzy" zginęli od własnej broni. Trzy błyskawiczne podania Keane'a, Rooneya i Giggsa otworzyły drogę do bramki Ronaldo, a ten nie pomylił się mimo ostrego kąta, golem i cieszynką uciszając North Bank. Minutę później Rooney z rzutu wolnego uderzył w spojenie, sygnalizując przejęcie inicjatywy przez gości. Wydatnie pomogła w tym zamiana miejscami Giggsa i Ronaldo, który uwolnił się od swojego wieloletniego prześladowcy - Ashleya Cole'a.
ManUtd Arsenal 2005
W 57. minucie Keane ograbił Piresa z piłki, szybko uruchomił Giggsa, a ten nie omieszkał skorzystać z prezentu podarowanego przez Almunię, który niewiele myśląc wypadł z bramki. Walijczyk ze spokojem dośrodkował do Ronaldo, który z metra umieścił piłkę w siatce.
Dwie bramki podcięły skrzydła "Kanonierom", ale pomocną dłoń wyciągnął do nich Silvestre. Po serii nieprzygotowanych ataków gospodarzy, Bergkamp spiął się z Francuzem. Silvestre odepchnął napastnika, zaś interweniującego Ljungberga postanowił uderzyć głową. Mimo oczywistej przewiny stopera, Keane nie dawał spokoju arbitrowi, który nie miał wyjścia i pokazał obrońcy czerwoną kartkę. - Wkurwił mnie, więc mu przyłożyłem - "wyjaśniał" Silvestre menedżerowi po drodze do szatni.
Lukę po Silvestrze wypełnił Brown i "Czerwone Diabły" zdołały ograniczyć okazje dla rywali do minimum. Z woleja uderzał Bergkamp, z przewrotki próbował Henry, ale Carroll był na posterunku. Prawdziwym kunsztem popisał się jednak John O'Shea, wprowadzony po godzinie gry. W zaskakujący nawet dla siebie sposób Irlandczyk zakradł się za plecy obrońców, przyjął świetnie wyważone podanie od Scholesa, a później lewą nogą przelobował Almunię.
Wygrana Manchesteru United była poza wszelką wątpliwością, ale spektakl wymagał jeszcze końcowej dramaturgii. Starcie Reyesa i Keane'a przerodziło się w zespołową przepychankę, ale i tym razem na wysokości zadania stanął Graham Poll. Na wyżyny musiał się też wznieść Paul Scholes, który spod poprzeczki wybił strzał "Kanonierów" po rzucie rożnym. To była ostatnia akcja meczu, który szybko wszedł do folkloru kibiców Premier League.
ManUtd Arsenal 2005
- Istnieje cienka granica pomiędzy nakręcaniem się, a obsesją i Vieira ją przekroczył - oceniał Gary Neville. - Szczerze, uważam, że ten mecz przegrali jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Po 2005 roku nie baliśmy się Arsenalu, gdyż wiedzieliśmy dokładnie, czego się spodziewać. Podejście menedżera było zawsze takie samo: zatrzymajcie ich, zrównajcie się z nimi; potem gra sama przyjdzie, a oni stracą głowę.
W przekroju sezonu tamten wieczór okazał się jednym z nielicznych przyjemnych wspomnień. Manchester United nie zdołał wzbogacić klubowej gabloty, a w maju na Millennium Stadium dokonała się słodka zemsta Vieiry. Po 120 minutach, w których "Czerwone Diabły" nie zdołały przypieczętować przewagi, piłkarze Wengera okazali się lepsi w serii rzutów karnych. Ostatnią jedenastkę wykonywał Patrick Vieira dokładając ostatnią cegiełkę w swojej karierze na Highbury.
Parę miesięcy później Keane w niesławie odchodził z Old Trafford.
Arsenal - Manchester United 2:4 (2:1)
Bramki: Vieira 8', Bergkamp 36' - Giggs 18', Ronaldo 54', 58'; O'Shea 89'
Manchester United: Carroll, G. Neville, Ferdinand, Silvestre, Heinze, Fletcher (O'Shea 61'), Keane, Scholes, Ronaldo (Brown 70'), Rooney, Giggs (Saha 77')