Numer 3: "Gran Torino"
Ten film udowadnia po raz kolejny geniusz i fenomen starego Clinta Eastwooda. Od czasu "Rzeki tajemnic" ten sędziwy reżyser bezustannie serwuje fanom X muzy dzieła znakomite. A jeśli dodatkowo w nich zagra, stają się wówczas obowiązkowymi pozycjami dla tych, którzy uwielbiają klasyki spod znaku De Niro, Pacino, Newmana czy Brando. W "Gran Torino" Eastwood dowiódł także, iż nie trzeba wielkiego budżetu ani plejady gwiazd, by nakręcić kino dobre, ambitne i, co więcej, ująć nim miliony widzów. Spece od dystrybucji za oceanem ciągle zachodzą w głowę, jak udało się Clintowi w wieku 78 lat przy pomocy skromniutkich środków i prostej historii nakręcić dzieło, które okazało się największym sukcesem kasowym w jego karierze. W erze "najseksowniejszych aktorów świata", wszędobylskich celebrytów, reality shows, efektów specjalnych i kina 3D - kameralna opowieść o stetryczałym, konserwatywnym, ale i szczerym i uczciwym rasiście, okazała się strzałem w dziesiątkę. Dlaczego? Bo ta historia wciąga i trzyma w napięciu jak kino sensacyjne, a stary Walt Kowalski ma charyzmę i większe "jaja", niż wszyscy współcześni mięśniacy Hollywood razem wzięci. Bo ten dramat ma w sobie dialogi śmieszniejsze niż większość współczesnych komedii, do tego są one autentyczniejsze niż gros sztucznych, poprawnych politycznie tekstów z dzisiejszych filmów. A nade wszystko mamy tu znakomitą reżyserię, popartą wielką rolą Eastwooda. Całość wciąga, ujmuje, wzrusza i daje nadzieję, że starsi genialni aktorzy z Hollywood, którzy obecnie zawodzą swoich fanów, jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. Chciałoby się zawołać, parafrazując pewnego polityka: Pacino, De Niro - Wy idźcie tą drogą! Póki co tylko Clint nią idzie i oby szedł jeszcze długo, bo dla piszącego tę notkę "Gran Torino" było najlepszym filmem ubiegłego roku. (Aleksander Król)